Robert Rient: Można podróżować tak, by pozostać zadziwionym

Początek

Nie czekam na świat po epidemii, ale nie tęsknię też za rzeczywistością sprzed epidemii. Rozpędzony mechanizm kupowania i gromadzenia doprowadził do szóstego masowego wymierania gatunków – mówi pisarz, Robert Rient

Michał Głombiowski: Wszyscy wygrzebujemy się właśnie z okresu przymusowego odosobnienia. Jak odnajdywałeś się w kwarantannie?

Robert Rient: Mieszkam na uboczu, pracuję z domu, więc w mojej codzienności nie zmieniło się wiele. Należę do grupy osób uprzywilejowanych, mam dach nad głową, jedzenie w lodówce, stały dostęp do zdatnej do picia wody – w przeciwieństwie do 40 procent ludzi na świecie. Oczywiście, jak wszyscy, musiałem z wielu spraw zrezygnować, jednak kwarantanna przypominała mi długie tygodnie odosobnień, medytacji i innych praktyk, w których upatruję szansy. Nie tylko dla siebie, ale wszystkich żywych istot.

Pojawienie się wirusa i chwilowe wstrzymanie niemal całego świata sprawiło, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie wkraczamy właśnie w zupełnie nową epokę. W wielu kulturach występuje motyw schizmy – zmiany, przeformułowania, przejścia do nowej tożsamości. Może mamy właśnie do czynienia z takim momentem?

– Moment przejścia, o którym mówisz wydarza się właśnie teraz. Mity, podania, opowieści przodków uczą nas, że w chwili przejścia trzeba uważnie, spokojnie i świadomie stawiać każdy krok, bo ziemia drży. To nie jest czas na walkę, rywalizację, debatowanie z patriarchalnym, kapitalistycznym, neoliberalnym systemem. Takie działania utrzymują ten system przy sile. To czas budowania świata współzależności z wszystkimi żywymi istotami.

Nie czekam na świat po epidemii, ale nie tęsknię też za światem sprzed epidemii. Ten rozpędzony mechanizm kupowania, gromadzenia, posiadania doprowadził do szóstego masowego wymierania gatunków. W kwarantannie tęskniłem za swobodnym byciem z ludźmi, wspólnym tańcem. Ale myślę, że w czekaniu na świat, który ma nadejść jest pułapka. Oczekiwanie bywa bierne, zaprzecza działaniu, które możemy podjąć. Zamiast czekać wolę właśnie teraz budować świat, który mnie interesuje. Pandemia to okazja do pracy z lękiem, porzucenia go na tyle, na ile jest to możliwe. Mam poczucie, że na ten moment czekałem całe życie, że byłem przygotowywany. Ale ta chwila też właśnie przemija, i oto przychodzi kolejna, i kolejna. Moc tkwi w tym, że tak naprawdę obecność może wydarzyć się tylko w momencie. A przecież to za obecnością właśnie tęsknimy. Staram się wykorzystać ten czas, by po prostu być, i dopiero z tego miejsca podejmować świadome działania.

Twoje pisarstwo często bierze się z podróżowania. Ostatnia książka – „Przebłysk” – opowiada o wędrówce naokoło świata. Mam jednak wrażenie, że była ona bardziej wędrówką w głąb siebie niż klasyczną podróżą w przestrzeni. A nawet – w jakimś sensie – próbą zdekonstruowania samego siebie. Na początku książki wspominasz o potrzebie zniknięcia. Czy można podróżować, by zniknąć?

– Można tak podróżować, by zniknąć, zapomnieć, uciec, schować się. Na szczęście ten fragment z „Przebłysku” nie jest już aktualny. Już bym tak nie napisał. Nie chcę umrzeć, odejść, zniknąć. Przez lata pocieszałem się śmiercią. W chwilach trudności znajdowałem ukojenie w tej niedojrzałej myśli, że wraz ze śmiercią wszystko zniknie. W tej myśli mieściło się zaprzeczenie życiu, którego częścią jest ból, zmiana, choroba. Ale to one niejednokrotnie przyniosły mi nową, głębszą perspektywę. Gdy podjąłem decyzję, że trzymam się życia, wydarzyło się coś niezwykłego. Ból, chorowanie i cierpienie wciąż się wydarza, ale nie jestem już ich zakładnikiem.

Tożsamość istnieje wyłącznie w formie opowieści, snuję ją cały czas i cały czas staram się ją również dekonstruować. Tego uczy mnie życie na wsi, obserwowanie natury, pór roku, kompostownika za domem. Przemiana jest nieustanna i nic nie należy do mnie. Z tym poczuciem lżej być.

Pisarz Robert Rient odbył podróż naokoło świata, by przyjrzeć się nie tylko światu, ale też sobie

Ale, czy podróż nie jest zawsze jakąś formą ucieczki? Wyjeżdżamy po to, by skonfrontować się ze sobą, czy wprost przeciwnie, by zająć umysł nowymi bodźcami i nie musieć odpowiadać na pytania dotyczące samego siebie?

– Podróż nie zawsze jest ucieczką. Czasami jest naturalną koleją rzeczy. Ale rozpoznaję wszystkie motywacje, o których wspominasz. Można podróżować tak, by utwierdzić się we własnym światopoglądzie. Można podróżować z nudy, albo dlatego, że nas po prostu na to stać. Można również podjąć wyzwanie i podróżować tak, by pozostać zadziwionym, otwartym, by naprawdę nie wiedzieć, ale wyłącznie obserwować. Z tą postawą łatwiej mi było uczyć się od ludzkich i nieludzkich mieszkańców Burkina Faso, miejsca tak odmiennego od wszystkiego co znam, czy w lesie amazońskim, bez prądu, bieżącej wody czy internetu.

Podróżowałem głównie z powodu tego wewnętrznego pragnienia doznania nieznanego. Przekroczenia opowieści umysłu, ale również z pragnienia słońca, wody, piasku, gór, drzew, śniegu, czyli głębokiego spotkania z naturą w jej oszałamiającej różnorodności.

Nie masz jednak wrażenia, że podróżując psujemy świat? O negatywnym wpływie masowej turystyki wiadomo od dawna. Tuż przed wybuchem epidemii podróżowali jednak już niemal wszyscy, okazało się więc, że nawet turystyka indywidualna powoduje głębokie zmiany. Dotyczy to też tzw. podróży duchowych – uczestnictwa w obrzędach ayahuasca, zażywania psychodelików, odosobnień, sesji jogi. Wokół tradycyjnych ceremonii wyrósł przemysł płatnych usług. Miałeś z tym zresztą do czynienia.

– To ważny temat. Ale nie jest prawdą, że wszyscy podróżują. Myślę o takich miejscach Afryki, Ameryki Południowej i Azji, które odwiedziłem i w których większość dorosłych mieszkańców nigdy nie wsiadła i nie wsiądzie do samolotu. Dla nas, białych Europejczyków czy mieszkańców Ameryki Północnej, Kanady, Australii, możliwość podróży bywa oczywista. Mieszkaniec Sri Lanki musi złożyć gigantyczną ilość dokumentów, zabezpieczyć ogromną sumę pieniędzy, często posiadać ziemię i dom, aplikować o wizę oraz posiadać zaproszenie, by wyjechać na miesiąc do Niemiec czy innego kraju Europy. Tak jest w wielu miejscach.

Ale faktem jest, że niektórzy uprawiają tak zwaną duchową turystykę, nie zważając na koszty dla klimatu. Doświadczyłem tego, i jestem jednym z tych, którzy z powodu własnych pragnień odbyli szereg podróży. Nie znam recepty, ale staram się postępować tak, by jeśli szkodzę w jednym miejscu, nie robić tego w innym. A najlepiej ograniczyć szkody jak tylko mogę . Nie mam samochodu, nie jem mięsa i podejmuję szereg osobistych oraz dziennikarskich działań ze względu na klimat. To wyzwanie stojące przed każdym z nas, by swoją obecnością minimalizować szkody. Niezbędna jest jednak systemowa zmiana, presja na rząd i biznes.

Wspominałeś w wywiadach, że bliska jest Ci idea pozostawienia połowy otaczającej nas przestrzeni naturze. A więc – w skali mikro – jeżeli dysponujemy fragmentem ziemi lub ogrodem, to ich połowę pozostawiamy nietkniętą, pozwalając wszystkim procesom toczyć się naturalnie. Wraz z wybuchem epidemii tego typu proekologiczne działania niemal natychmiast zniknęły jednak z debaty publicznej. Czujesz zniechęcenie? Nie deprymuje Cię świadomość, że być może na tego typu gesty jest już za późno, by mogły mieć one jeszcze znaczenie?

– Przeciwnie. Czuję większy zapał, by trzymać się tego, co wspiera życie. Edward Wilson od lat apeluje o oddanie połowy przestrzeni Ziemi dzikiej naturze. Wystarczy nam połowa by żyć, jeść i być zdrowymi. I nie jest za późno, jesteśmy w ciągu życia. Ewolucja trwa. Nasze kilkaset lat bytności na planecie, która ma ponad cztery miliardy lat, to jak igraszka, kilka sekund w dobie.

Powtarzam czasami, że ma znaczenie jak traktuję moją mamę, gdy ta cierpi albo umiera. Ziemia nie umiera, a przynajmniej nie cała, ale giną masowo gatunki roślin i zwierząt, cierpią z powodu suszy, zanieczyszczeń, braku jedzenia, kul myśliwych, braku miejsca do życia. Ogromne znaczenie ma to, jak traktuję otaczające mnie życie, bo sam jestem jego częścią. I nie są to wyłącznie słowa. Przecież wszystko co mam, ubrania, komputer, lekarstwa biorą się z tego, co daje nam Ziemia. Kupując butelkę wody w sklepie, mówię osobie sprzedającej: dziękuję. A jednak dopuściliśmy do tego, by nie dziękować samej wodzie, która utrzymuje życie. Między innymi właśnie w tym upatruję poczucia pustki, cierpienia i przyczyn szeregu współczesnych chorób. W tym odcięciu, zaprzeczeniu zjednoczenia z życiem, kwiatami, pająkami, mchem, wiatrem, bukami, rosą, mokradłami, czy wróblami.

To zainteresowanie otaczającym nas życiem jest widoczne w Twoich tekstach. Jeździsz po to, by pisać, czy piszesz dlatego, że jeździsz?

– Bardzo często w podróży pisałem w głowie zdania, wyobrażałem sobie jak opowiem o tym, co przeżywam. Jednak ten nawyk rejestrowania czasami odbierał frajdę z pełnego doświadczania. W ostatnich latach podróżuję z zeszytem, wolę tę formę zapisu, poza tym w ten sposób mogę być offline. Czasami jadę gdzieś na kilka tygodni lub miesięcy, by osiąść w jednym miejscu i właśnie pisać. Tak mi łatwiej – zostawić znaną przestrzeń, a wraz z zanurzeniem się w nową rozpocząć tworzenie książki czy tekstu.

Pytam o to również dlatego, że w Twoim pisarstwie kluczową rolę odgrywają szczegóły, detale. A one w dużej mierze biorą się z obserwacji miejsc, do których trafiasz. To na nich budujesz opowieści, równocześnie jednak ograniczając interakcje ze spotykanymi osobami. Bardziej przyglądasz się krajobrazowi i sobie samemu niż ludziom. Jeżeli już się oni pojawiają – jak np. oficer Żółte Wąsy z „Przebłysku”- wydają się być lustrem, w którym się przeglądasz. To dość nietypowa metoda, jak na reportera. Jest celowym zabiegiem?

– Faktycznie, mało w moim podróżowaniu interakcji z ludźmi, zdaje mi się, że coraz mniej. Z Oficerem Żółte Wąsy musiałem spędzić kilka dni i nocy w ciasnej, dusznej i śmierdzącej kabinie podczas podróży koleją transsyberyjską. Opisanie tego spotkania było również formą poradzenia sobie z tym doświadczeniem. Gdy jednak udało mi się odrzucić obrzydzenie, mogłem w Oficerze dostrzec siebie, własne fobie, przyzwyczajenia.

Gdy pracowałem nad tekstem reporterskim, spotykałem się przede wszystkim z ludźmi, rozmawiałem z nimi, słuchałem ich opowieści. Przyroda, jeśli już, była najwyżej tłem, na którym odbijali się najważniejsi bohaterowie, my, ludzie. Ale jestem zmęczony tymi opowieściami, one również wspierają antropocentryczną perspektywę i przyczyniają się do rujnowania natury. Na nas, piszących, opowiadających historie, ciąży odpowiedzialność. W opowieściach tkwi wielka moc. Uwierzyliśmy w opowieść o pieniądzach, rządzie, pracy. Czas śnić sny o wolności, współzależności z dziką naturą i jej mieszkańcami. Zresztą to nie są nowe sny, nasi przodkowie malowali je na ścianach jaskiń. Dziś uwielbiam w podróżach poznawać istoty, które nie są ludźmi. Budowanie relacji z drzewem, mrówkami w łazience, dzikim psem czy owadami jest fascynujące. To cenne spotkania i te lekcje są pełne wzruszeń.

Sprzyja im zapewne to, że zazwyczaj podróżujesz samotnie. Wędrówki w samotności pomagają w nawiązywaniu głębszego kontaktu. Z drugiej strony bycie w drodze z kimś pozwala na konfrontowanie emocji, doznań i spostrzeżeń. W jakimś stopniu je wzbogaca.

Robert Rient, pisarz - "przemiana jest nieustanna, to część naszego życia".

– W pewnym momencie życia okazało się, że lubię siebie. To było nowe doznanie w zestawieniu z latami poczucia winy, wstydu czy lęku, które niosłem. I gdy okazało się, że lubię czas, który ze sobą spędzam, zacząłem dbać o to, kto i jak przebywa wokół mnie. Nie mam psa, kota, chociaż lubię bardzo te istoty. Dzięki temu towarzyszy mi mnóstwo ptaków. Niekoszona łąka przed domem jest zamieszkana przez niezliczoną ilość owadów. Zapylacze latają nad głową. Pająki kręcą się w rogach domu.

Kiedyś myślałem, że życie będzie pełniejsze jeśli będę je spędzał z ukochaną osobą. To założenie, ale ono wcale nie wyklucza zachwycającej i romantycznej miłości. Może do mnie przyjdzie – wołam miłość, która unosi, a nie walczy. Żeby było jasne, nie uważam, by życie dziwaka było pełniejsze. Gdy na kilka dni i nocy przyjeżdża do mnie siostra ze swoją córką, czuję się żywy i tak bardzo szczęśliwy. Dom tętni, bardzo mi to odpowiada. Lubię z nimi udawać się w podróże, ale te zazwyczaj są krótsze i mniejsze. A gdy wyjeżdżają, dom i tak wypełniony jest życiem.

Jest tak, że obecnie nie ma obok mnie ludzkiej osoby, która towarzyszy mi w codzienności lub podróżach. Czasami za tym tęsknię, za seksem i bliskością na przykład. Ale ta tęsknota nie boli i nie jest wyczekiwaniem, bo nie jestem sam. Myślę, że nikt tak naprawdę nie jest sam. Towarzyszy mi wiele istot, poza tym lubię wsłuchiwać się w rytm wybijany przez przodków, oni też są tutaj z nami. Samotność to taki zły sen, w który niektórzy uwierzyli.

Rozmawialiśmy o nowej epoce, w którą być może nasz świat wchodzi po epidemii. Mam jednak wrażenie, że dla Ciebie podróż dookoła świata była już takim wejściem w nowy etap, swego rodzaju doświadczeniem granicznym.

– Ta podróż coś domknęła, wypełniła. Zrozumiałem po niej, że nie chcę żyć w mieście, ale blisko natury. Za ścianą chciałem słyszeć wiatr, deszcz, ptaki. A pod podłogą ziemię.

Kupiłeś więc dom na wsi. Zyskałeś kontakt z naturą, ale też trochę spętałeś swój nomadyczny gen. Wyjeżdżając, nie miałeś większych zobowiązań – kredytów, rodziny, własnego domu. Ta wolność uległa teraz zmianie.

– Dom i związany z nim kilkudziesięcioletni kredyt jest formą zobowiązania, ale to lekkie i upragnione bycia. Nie wiem gdzie i jak będę mieszkał za rok, i w tym sensie dom niczego nie zmienił.

Ale moje podróże faktycznie nie są takie, jak kiedyś. Podczas tej dookoła świata nie miałem obecnej świadomości kryzysu klimatycznego, nie wiedziałem, czy może raczej żyłem w zaprzeczeniu. Teraz jest inaczej. Gdy miesiące przed wybuchem epidemii spędzałem na Sri Lance, nie zwiedzałem, nie byłem turystą. Poza jedyną i raczej przykrą wyprawą do stolicy, Colombo, by przedłużyć wizę, nie ruszałem się z miejsca. Zamieszkałem w ogrodzie, blisko oceanu, chodziłem boso każdego dnia. W ten sposób łatwiej było mi spotkać się z drzewami mieszkającymi na ziemi zniszczonej przed kilku laty przez tsunami. 

A jeśli pytasz o przyszłość to nie mam pojęcia jak będzie. Póki co posadziłem kilkadziesiąt kwiatów obok domu, czekam na śliwki i poziomki, pomidory, paprykę i ogórki. Z przyjemnością patrzę, jak natura zajmuje się miejscami, których celowo nie odwiedzam. Pojawiają się tam rośliny i zwierzęta, bo tak zdecydowały. Jestem tylko świadkiem ich obecności.

Robert Rient – dziennikarz, reportażysta, pisarz. Autor powieści „Chodziło o miłość” (2013), reportażu „Świadek” (2015), powieści „Duchy Jeremiego” (2017) nominowanej do nagrody literackiej Nike, i książki o podróży dookoła świata „Przebłysk” (2018). Współpracownik kwartalnika „Przekrój” oraz magazynu „Sens”. Mieszka we wsi w województwie dolnośląskim. www.robertrient.pl

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

2 Comments

  1. Cudnie się czyta ten tekst. To niesamowite, jak te wszystkie słowa mi leżą poukładane doskonale. Brzmią prawdziwością. Chyba będę szukała bardziej i bywała częściej. Dziękuję!

    • Cieszymy się bardzo, że wywiad się spodobał. Robert jest świetnym rozmówcą i niezwykle inspirującym twórcą. Rozmowa z nim to była prawdziwa przyjemność 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.