Jadę w świat, by mu się przyjrzeć

Początek

Książka podróżnicza na stole i mapa świata w korytarzu są jedynymi sygnałami, że mieszka tu człowiek, który był wszędzie

Jest wysoki i mimo przekroczonej siedemdziesiątki, plecy ma napięte jak struna. Mocno ściska dłoń. Delikatnie się uśmiecha, ale zachowuje lekki dystans. Wojciech Dąbrowski, gdański podróżnik, który odwiedził każdy kraj świata i dwanaście razy wybrał się w podróż dookoła świata, nie jest typem jowialnego kompana. Mówi bez wpadania w dygresje, z namysłem, układając z precyzją inżyniera – którym jest z zawodu – własną opowieść.

Siedzimy nad szklankami herbaty przy stole w mieszkaniu w bloku na gdańskiej Zaspie. Rozglądam się. Leżąca na stole książka, w której opisał swoje podróże oraz mapa świata w korytarzu są jedynymi sygnałami, że mieszka tu człowiek, który był wszędzie.

Kilka godzin wcześniej byłem w gdańskim porcie. Na odnowionym deptaku spacerowało kilka osób, a dwóch wędkarzy z uporem wpatrywało się w spławiki. Za siatkowym płotem stały rzędy nowych osobowych aut, świeżo rozładowanych ze statku; w jednym z basenów dźwig kreślił piruety nad zielonym kadłubem, wrzucając do niego pęki ściętych sosen.

Pojechałem tam, by zobaczyć miejsce, w którym zaczęła się podróżnicza droga Wojciecha Dąbrowskiego. Urodził się w Nowym Porcie w Gdańsku. Jego rodzice trafili na Pomorze zaraz po wojnie. Wyruszyli z podwarszawskiej wsi, szukając miejsca, w którym będzie praca i szanse na rozpoczęcie nowego życia. Ich dom stał 150 metrów od kanału portowego. Wówczas dostęp do nabrzeża był niemal nieograniczony. Przez pierwsze lata życia Dąbrowski spędzał więc dni w porcie wpatrując się w statki z odległych krajów. To od nich wszystko się zaczęło. Obce bandery, a z nimi marynarze o egzotycznych imionach, smagłych skórach, palący jakieś zadziwiające papierosy, otworzyły furtkę, za którą majaczył inny świat. Świat, który domagał się zobaczenia.

 Michał Głombiowski: Odwiedzone wszystkie kraje świata, dwunastokrotna podróż dookoła świata. Bije pan rekordy?

Wojciech Dąbrowski: Raczej spełniam marzenia. Podróże dookoła świata zaczęły się od książki Juliusza Verne’a  „W 80 dni dookoła świata”. Pomyślałem, że ciekawie byłoby zrealizować coś podobnego. Wyruszając w pierwszą wyprawę, nie myślałem o tym, że będą następne. Nie było więc w tym chęci bicia rekordów.

Tyle, że dorzucił pan do tego jeszcze kolejne osiągnięcie – odwiedził pan wszystkie kraje świata. Tu też nie chodziło o wynik?

To bardziej przypadek niż opracowany plan. Proszę pomyśleć – każdy kraj, każde miejsce jest zagadką, enigmą. Dopóki się do niego nie pojedzie, chociaż na kilka dni, nie zobaczy się go na własne oczy, nie poczuje, nie pozna ludzi, będzie kusić. Starałem się tę ciekawość zaspokajać, aż nagle lista wszystkich państw została skompletowana. Celem nie było odhaczenie kolejnych punktów, lecz zaspokojenie ciekawości.

Są kluby zrzeszające osoby, które odwiedziły dużą ilość krajów i wielokrotnie proponowano mi wstąpienie do nich. Zawsze jednak odmawiam, bo nie chcę z nikim rywalizować, takie podejście jest mi obce.

Z czasem te wyjazdy były coraz łatwiejsze, bo pojawiały się nowe możliwości i miałem większe doświadczenie. Część z wypraw dookoła świata odbyłem korzystając z taryf RTW (Round The World), pozwalających dotrzeć do odległych miejsc po stosunkowo niskich kosztach. Przy okazji uznałem to za dobry sposób na rozwianie mitu, że dalekie podróże muszą być bardzo drogie. Nie muszą.

Trudno jednak zaprzeczyć, że podróżowanie nie jest najtańszym z możliwych zajęć.

Wysokość budżetu ma wpływ na standard podróżowania. A ja nie mam dużych wymagań. Luksus mnie nie kusi. Jeżeli celem wyjazdu jest odpoczynek i relaks, niski budżet może być ograniczeniem. Rozumiem więc ludzi, którzy jadą na urlop, chcą mieć wszystko zapewnione i są gotowi wydać na to duże pieniądze. Ja jednak jadę w świat po to, by mu się przyjrzeć. Wygoda i odpoczynek nie są dla mnie wyznacznikiem udanej wyprawy. Moje podróże zawsze są niskobudżetowe. Nie tylko dlatego, że dysponuję ograniczonymi środkami, ale też dlatego, że skromniejsze warunki, paradoksalnie, stwarzają szersze możliwości poznania kraju, spotkania jego mieszkańców. Jeśli musisz iść na bazar po tanie owoce, to jest to okazja do spotkania z miejscowymi na zwykłej płaszczyźnie życiowej – to nie jest widowisko, gdzie miejscowi się przebierają, tańczą, a następnie wychodzą i turysta na podstawie tego kształtuje sobie obraz życia w danym miejscu.

Pieniądze dają jednak poczucie bezpieczeństwa. I ułatwiają podróżowanie.

Często to słyszę. Wiele osób, szczególnie młodych, prosi mnie o poradę, jak szukać sponsora, który zapewni środki na podróż. Nie szukać! Żadna z moich wypraw nie była sponsorowana. Jeżdżę za własne pieniądze. Wcześniej były to oszczędności z pensji, dziś z emerytury, do tego dochodzą niewielkie środki ze sprzedaży książki, z artykułów i prelekcji.

Ale, czy to źle znaleźć kogoś, kto uzna, że nasz pomysł jest coś warty i zechce nas wspomóc?

Nie chcę tego oceniać. Każdy działa, jak uważa za słuszne. W moim poczuciu ważniejsza jest niezależność. Mecenas mógłby wpływać na sposób mojego podróżowania, a więc też na sposób odbierania przeze mnie świata. Razem z pieniędzmi pojawiają się oczekiwania: presja na konkretne działania, spektakularne osiągnięcia, eksponowanie logo firmy na ubraniach czy sprzęcie. To zrozumiałe, taka jest część umowy. Dodatkowym wymogiem jest relacjonowanie na bieżąco wyprawy, umieszczanie w internecie filmów, prowadzenie bloga czy strony na Facebooku. Nagle robi się strasznie dużo obowiązków, a coraz mniej czasu na podróżowanie. Dla mnie to duże ograniczenie.

Mając mniej pieniędzy, trzeba inaczej przygotowywać się do podróży?

Ograniczony budżet sprawia, że zazwyczaj wyjazd musi trwać krócej, niż by się chciało. Kluczowe staje się więc merytoryczne przygotowanie, tak, by idealnie wykorzystać czas spędzony na miejscu. Opracowuję więc trasę i pomysł wyprawy. Jeżeli coś się w trakcie podróży urodzi niespodziewanego, to bardzo dobrze – plany mogę do jakiegoś stopnia modyfikować. Przed każdym wyjazdem spędzam jednak mnóstwo dni na przeglądaniu przewodników, szukaniu informacji w sieci. Czasem oglądam też filmy fabularne lub czytam powieści i reportaże dziejące się w kraju, do którego się wybieram.

Niemal zawsze podróżuje pan samotnie.

To świadoma decyzja. Wyruszając w pojedynkę, mocniej doświadczam świata. Każda grupa osób tworzy zamknięty krąg. Im jest większa, tym bardziej. Samotność prowokuje natomiast do kontaktu. Jesteś jego złakniony, a miejscowi też są ciekawi skąd jesteś, po co przyjechałeś, czy nie potrzebujesz pomocy. To działa w sposób naturalny. Zresztą ten mechanizm dotyczy też Polski: gdy widzę samotnego obcokrajowca rozglądającego się np. na dworcu, podchodzę i pytam, czy czegoś potrzebuje. Gdyby był w grupie, pewnie bym tego nie robił.

Podróżując z kimś, zyskuje się jednak rodzaj lustra, w którym można się samemu przejrzeć. Wymienić doświadczeniami, podzielić wrażeniami. To sprawia, że podróż staje się bogatsza.

Zgoda, tylko, że taką osobę można bez większego trudu spotkać w drodze. Czasem bywa to miejscowy, czasem inny podróżnik. W samotnych podróżach takie znajomości pojawiają się często. Poznajesz kogoś, jesteś z nim przez kilka dni, czerpiecie z tego, a później każdy idzie własną drogą. Rzadko odczuwam w trasie samotność.

Nie żal, że te znajomości są tak krótkie? A więc do jakiegoś stopnia jednak powierzchowne.

Z wieloma osobami utrzymuję kontakt. Tymczasowość nie jest problemem. Lubię, jak coś się dzieje. Nowe miejsca, twarze, wydarzenia. Nie zatrzymuję się nigdzie na dłużej, jestem trampem. Mogę spędzić w jednym miejscu 3-4 dni, później zaczyna mnie męczyć poczucie marnowania szansy – niedaleko, jest coś czego nie znam i czego jeszcze nie widziałem. Chcę do tego dotrzeć. Źle znoszę brak tempa. Istotna jest przygoda. Wydaje mi się, że pozostanie na kilka dni w jednym miejscu zmniejsza intensywność przeżyć. Coś tam się niby dzieje, ale znika element przygody.

Jak więc znosi pan powroty do miejsc już znanych? Nie ma pan poczucia straty, że lepiej byłoby poznawać coś nowego?

Podróżując dużo, nie da się nie wracać do określonych miejsc, chociażby ze względu na stałą siatkę połączeń, miejsca przesiadkowe, itd. Czasem jednak wracam celowo po to, by przeżyć te same emocje, co dawniej. Jeżeli jestem ponownie w Brazylii, to wpisuję w program wodospad Iguazu, bo uważam go za najładniejszy na całym globie. Widziałem go dwadzieścia lat temu, pamiętam wrażenia, których mi dostarczył i znów chcę się nacieszyć jego widokiem. Ale rzeczywiście, powroty nie są moim priorytetem. Planując trasę, nie kieruję się tym kryterium.

Bywają one okazją do skonfrontowania się z upływem czasu.

Tak, i to bywa rozczarowujące. Gdy pierwszy raz, w latach 70., byłem w San Francisco, trafiłem do stolicy „dzieci kwiatów”. Kolorowe ulice, młodzi ludzie, muzyka, radość, fantazja, tańce na ulicach. Niedawno znów tam byłem. Po trzydziestu kilku latach wszystko się zmieniło. Tamten świat już nie istnieje. Młodzież zniknęła, jest szaro, smutno, biednie. Golden Gate Bridge stoi jak dawniej, ale miejsce jest już inne.

Cały świat się zresztą zmienia. Zwiększyło się natężenie ruchu turystycznego. Coraz więcej osób ma możliwości zobaczenia wspaniałych miejsc i to dobrze, każdy ma do tego prawo. Są jednak też minusy. Tłumy zmieniają miejsca i nasz sposób ich odbierania. Rozmawiałem z przyjacielem, podróżnikiem Michałem Kochańczykiem, który mówił, że kilka lat temu, gdy wspiął się o świcie na szczyt Kilimandżaro, było tam już ponad dwieście osób. Kiedy ja tam dotarłem w 1976 roku, było nas czworo. To zmienia atmosferę. I ma też bezpośredni wpływ na krajobraz, naturę. Wiele miejsc zostało zniszczonych – najbardziej spektakularny przykład to rafy koralowe. Podejście miejscowej ludności też się zmienia. Kiedyś, gdy turysta pojawiał się sporadycznie, był gościem, dziś przy tych tłumach trudno tego oczekiwać. To zmniejsza radość podróżowania, choć na szczęście wciąż są jeszcze miejsca mniej popularne i nie do końca odkryte.

A może to my sami się zmieniamy? Jesteśmy starsi, mamy inny bagaż doświadczeń. Siłą rzeczy coraz mniej rzeczy i miejsc robi na nas wrażenie. Da się jakoś zachować wrażliwość? Pierwszą radość z podróżowania?

Nie odczułem tego nigdy w silny sposób. Być może dlatego, że w podróży nieustannie pracuję nad dokumentacją. Na bieżąco notuję spostrzeżenia. Przez lata codziennie siadałem i pisałem, czasem przed długie godziny. Dziś wciąż notuję, ale oprócz tego filmuję. Nie są to ambitne filmy, lecz rodzaj obrazkowego notatnika. Dokumentacja zmusza do zwracania uwagi na detale. A to z kolei, pobudza wrażliwość. Chroni przed stępieniem zmysłów, obojętnością.

I to działa od tylu lat?  Niedawno świętował pan 50-lecie podróżowania.

Pasja jest potężną siłą napędową. To wielkie szczęście ją mieć. Obserwuję, jak z wielu moich rówieśników uszło powietrze. Spędzają czas przed telewizorem z 60 programami i z puszką piwa w ręku. Oczywiście, nie każdy musi podróżować. Są też inne sposoby na życie. Cieszę się jednak, że sam uniknąłem podobnego losu i zawdzięczam to właśnie wyprawom po świecie. Bycie w drodze mnie ukształtowało, dało wiedzę, mnóstwo wrażeń i doświadczeń. A przede wszystkim wyznacza mi cele. Nie mam czasu na bezczynność, gdy jest tyle miejsc do zobaczenia.

Nie czuje pan zmęczenia? Takiego zwykłego naturalnego znużenia, będącego sygnałem, że już dość, że czas zająć się czymś innym.

Organizm sygnalizuje wiek i ograniczenia. Bywa, że mam w głowie jakiś plan, przystępuję do jego realizacji, a ciało mówi: „nie tak szybko, tego już nie zrobisz” albo „musisz to zrobić inaczej”. Jesteśmy maszyną biologiczną, która się zużywa – trzeba korygować ambicje. Na szczęście obecnie sprzęt jest dużo lżejszy, co ułatwia podróżowanie. Mam ponad siedemdziesiąt lat i muszę o tym pamiętać, ale tak naprawdę wiek to stan umysłu – ma się tyle lat, na ile się czuje. Trzeba słuchać ciała, ale nie rezygnować. Życie jest ruchem. Póki wyruszam na wyprawy, świat wokół się kręci. Nie wolno się zatrzymywać.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.