Rowerem wzdłuż Wisły. 500 kilometrów w siodełku

Początek

Istnieje sporo powodów, by wybrać się w podróż rowerem wzdłuż Wisły

Startując na białołęckim wale przeciwpowodziowym, zastanawiam się, ile obrotów korbą roweru ta trasa będzie wymagać. Ile razy nacisnę pedały i napnę mięśnie ud i łydek, by przemieścić się z Warszawy do Gdańska.

Zazwyczaj pokonuję tę trasę w trzy godziny pociągiem. Czasem wsiadam w samochód i jestem u celu po czterech, pięciu godzinach. Rower jednak wszystko zmienia. Poruszanie się na nim każe poczuć każdy kilometr. Osadza cię w krajobrazie. Pozwala dostrzec mnogość szczegółów. Wrócić do odległej przeszłości, gdy przemierzenie paruset kilometrów oznaczało kilkudniową wędrówkę.

500 kilometrów, 6 dni

Istnieje sporo racjonalnych powodów, by wybrać się w podróż rowerem wzdłuż Wisły. Chociażby po to, by zwolnić. Żeby patrzeć i słuchać. Znaleźć pradawne punkty odniesienia. Aby co jakiś czas zatrzymywać się i sięgać po metalowe bidony pełne chłodnej wody. Mój brat, z którym jadę, umieścił je w uchwytach na przednim widelcu. Chcąc się napić, musi się zatrzymać, bo w trakcie jazdy nie ma jak do nich sięgnąć. Te postoje nadają naszej podróży powtarzalnego rytmu.

Jedziemy rowerem wzdłuż Wisły. Trzymamy się jej nurtu. Mamy do przejechania blisko 500 kilometrów. Chciałem, żeby ta wyprawa była pozbawiona jakichkolwiek ram, a jej przestrzeń kształtowała się na bieżąco, każdego dnia. Sprowadzała się do samego przemieszczania się. Sześć dni, którymi dysponujemy sprawiają jednak, że codziennie musimy pokonać około 80 kilometrów. To dystans, który staje się dla nas namacalnym horyzontem, granicami wyznaczającymi każdy dzień.

Walka z korbą

Wymyśliliśmy sobie ten wypad trochę wbrew zasadom i logice. Nasze rowery niezbyt się do niego nadają. Brat ma nowy sprzęt, ale jest to pozbawiony przełożeń single speed, bardziej przydatny do jeżdżenia po Warszawie, niż wyruszania w kilkusetkilometrową wycieczkę.

Moja „szosówka” ma pięć zębatek z tyłu i dwa blaty z przodu, co daje już sporo możliwości, ale ma też dobre 30 lat i przez rok stała w piwnicy zalanej wodą. Trochę ją odczyściłem i zmieniłem opony na szersze, 28-milimetrowe „przełajówki”, ale przy okazji nieopatrznie wpuściłem kilka kropli smaru do osi korby. Odbija mi się teraz czkawką przez kolejne dni, bo w trakcie jazdy natłuszczona śruba powoli się odkręca, a korba pedałów zaczyna kolebać. Jest niedziela, sklepy zamknięte, a ja nie mam klucza, który da radę objąć w ciasnej przestrzeni napędu główkę śruby. Co kilka kilometrów zatrzymuję się i na bieżąco dociskam ją kombinerkami. W końcu oplatam gwint kawałkiem materiału, który na jakiś czas nieco ogranicza to niekontrolowane odkręcanie się.

Rzeczny taniec

Trasa odbija od rzeki lub do niej zbliża. Lawiruje między miejscowościami. To nieustanny taniec, którego częścią się stajemy.

Jednym z pragnień rowerzystów jest podążanie jak najmniej uczęszczanymi drogami. Pędzące obok samochody są złem koniecznym. Uciekamy więc mostem na lewy brzeg, omijając w ten sposób główną drogę krajową. Nakładamy kilometrów, ale nie ma to znaczenia, bo tu są opustoszałe asfaltowe ulice okalające wsie. Nikogo na nich nie ma. Możemy jechać środkiem jezdni, a każdy zbliżający się pojazd słychać i widać z oddali.

Gruntowe drogi pozwalają co kilkanaście kilometrów zbliżyć się do samego nurtu rzeki. Teren jest płaski, a Wisła leje się miękko i delikatnie, rozdzielając na warkocze piaszczystych łach.

W Wyszogrodzie, w którym mamy pierwszy nocleg, patrzymy na rzekę z wysokiej skarpy. Po spinającym brzegi moście toczą się samochody. Wzdłuż wody biegnie promenada, na której skupia się niedzielne życie miasta. Jest ono jednak wątłe. Więcej uwagi przyciągają dwie otwarte pizzerie.

W hotelu jesteśmy jedynymi gośćmi. Recepcjonistka wręcza nam klucze i znika aż do następnego dnia. W kuchni natrafiamy na naczynia i butelki, sądząc po ich ilości i rodzaju, pozostawione po jakimś firmowym spotkaniu. Zaschnięty osad sprawia, że wyglądają jak artefakty z odległych czasów.

Świat zmniejszony

Uświadamiam sobie, że ta podróż rowerem wzdłuż Wisły zmienia to jak postrzegam otaczający mnie świat. Sprawia, że się on kurczy, a horyzont przybliża. Oczy zasysają kilometry, oceniają i poszukują konkretnych punktów. Gdy się do nich zbliżamy, przerzucają się na kolejne, pozostawiając te minięte w niepamięci.

Odruchowo szukam śladów bliskości wody. Rzeki skrzącej się pomiędzy drzewami, terenu trzymanego w uścisku wałów przeciwpowodziowych. Podczas tej podróży całymi kilometrami staje się ona wyłącznie wyobrażeniem. Wiem, że poruszamy się w jej pobliżu, ale jej nie widzimy. Oddalamy się na kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów od nurtu. Wzrok skanuje zielone pastwiska i rzędy topoli – to strefa buforowa, znak, że Wisła jest niedaleko.

Uciekając przed ruchliwymi drogami, wjeżdżamy w rozpalone upałem sosnowe lasy. Poruszanie się po nich okazuje się udręką. Leśne drogi są suche jak pieprz i zasypane piachem. Rowery w nim grzęzną i musimy je prowadzić. Trwa to w nieskończoność. Zsiadamy, wsiadamy, zsiadamy. Próbujemy ujechać choć kilkaset metrów, ale to na nic. Gładkie sunięcie na dwóch kołach zmienia się w mozolne brnięcie. Czuję jak ubranie lepi mi się do skóry. Nasz wysiłek jest żałosny. Ulicą ten dystans pokonalibyśmy w kilkanaście minut. Płuca z trudem wypompowują gorące powietrze. Milczymy, skupieni na potyczkach z piachem i rowerami, które nagle zdają się być dwa razy cięższe niż przed momentem.

Najdłuższe 10 lat świata

Za Płockiem rzeka zmienia się w jezioro. Zapora we Włocławku, do którego dojedziemy dopiero jutro, wstrzymuje spływ rzeki. Woda rozlewa się szeroko na długości blisko 60 km, tworząc największy sztuczny zbiornik w Polsce. Niemal 410 mln metrów sześciennych wody.

Tama pojawiła się jako jeden z punktów planu nakreślonego w 1957 roku. Zakładał on stworzenie ośmiu zapór i zmienienie dolnej Wisły w ujarzmione kaskady produkujące megawaty energii. Realizację planu wstrzymała pustka w kasie coraz bardziej niewydolnego komunistycznego państwa. Według założeń inżynierów przegroda we Włocławku miała pracować samodzielnie tylko przez dziesięć lat, a pojawienie się pozostałych części systemu odciążyć konstrukcję, na którą napiera masa wody rozpędzonej aż od źródeł, paręset kilometrów stąd. Te dziesięć lat trwa do dziś.

Konstrukcja jest wymęczona, a jej zawalenie się to kwestia czasu. Rozwiązaniem jest wzniesienie drugiego progu wodnego, który odciąży tamę lub stopniowe wygaszenie jej funkcji i rozbiórka. Nasz rząd patrzy przychylniej na opcję pierwszą, nie zauważając, że cała Europa sukcesywnie rozbiera swoje tamy.

Pod wieczór idziemy na molo przy hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Patrzymy na zmarszczony falami akwen. Przegrodzenie Wisły jest już historią dość odległą. Od tego czasu rzeczywistość dopasowała się do tej wymuszonej zamiany rzeki w jezioro. Pojawiły się hotele, porty dla żaglówek i motorówek, ośrodki wypoczynkowe. Próbuję sobie wyobrazić to miejsce przywrócone do początków. Szeroki meandrujący nurt, piaszczyste łachy, bujne zarośla przy brzegach, sylwetki tkwiących nad spławikami wędkarzy. To obraz mglisty, trudno uchwytny.

Śladem pociągu

Między Toruniem a Chełmnem robimy postoje przy dawnych dworcach kolejowych i peronach. Przez kilkadziesiąt kilometrów, do Unisławia, w miejscu nasypu, po którym niegdyś kursowała kolej wąskotorowa, gładka nawierzchnia ścieżki dla rowerów prześlizguje się przez spokojny krajobraz pastwisk, olchowych lasów i oczek wody. Szlak jest opustoszały. Mija nas jeden rowerzysta, który w znoju narzuconego sobie treningu kręci kilometry kursując między Toruniem a końcem drogi. Ta trasa biegnie w oddaleniu od jezdni i dróg krajowych, przecinając miedze i nurkując pod niskimi wiaduktami. Co kilka kilometrów czekają drewniane altanki. Jest upał i zatrzymujemy się często, by odzyskiwać nadwątlone siły.

Układająca się w szeroki zakos Wisła oddala się, albo to my oddalamy się od niej. Ścinamy drogę, a rzeka staje się jedynie punktami otwierającymi i zamykającymi dzień.

To najkrótszy odcinek podróży, kończący się stromym podjazdem prowadzącym na starówkę Chełmna. Przez kilka minut czuję jak serce wypełnia dudnieniem moje ciało. W połowie dnia jesteśmy u celu, a gdy zsiadamy z rowerów na głównym placu miasta, czuję się nieswojo, jak marynarz, który po rejsie zszedł na stały ląd. Nogi nawykłe do jednostajnego obrotowego ruchu nie do końca rozumieją, czemu mają teraz stawiać kroki. Idę więc pokracznie, sztywno i wolno.

Pomiędzy frontami

W Grudziądzu czuć już bliskość morza, choć mamy do niego wciąż jeszcze dobre 120 kilometrów. Zmienia się jednak pogoda, robi się nieprzewidywalna, a wilgoć zawisa w powietrzu. Gdy zatrzymujemy się na nadwiślańskim bulwarze na kawę, nadciąga gwałtowna burza. Przez czterdzieści minut wiatr próbuje wyrwać barowe parasolki, a ciemne chmury zalewają miasto potokami wody. Przeczekujemy w zaciszu kawiarni, śledząc w aplikacji pogodowej ruchy burzowych chmur. Ruszamy w kierunku Kwidzyna, zawierzając danym spływającym z aplikacji pogodowych i korygując trasę tak, by wpasować się w szczeliny pomiędzy rysowanymi na ekranach telefonów granicami frontów atmosferycznych. Wiara w nowoczesną technologię okazuje się złudna – kolejne deszcze musimy przeczekiwać pod konarami drzew lub w osamotnionych wiatach wiejskich przystanków autobusowych.

W końcu zbliżamy się do rzeki. Od jej nurtu dzieli nas porośnięty trawą wał. Suniemy rowerami wzdłuż niego, obok Wisły, polną drogą, która nagle zmienia się w pas czerwonawej gliny. Lepka maź oblepia koła. Zsiadam. Buty zapadają się po kostki. Rower przestaje nagle być rowerem. Z prostego środka transportu staje się nieruchliwym żelastwem, które zbiera każdy centymetr błota. Koła nie kręcą się, lecz ślizgają po powierzchni. Przebycie trzystu metrów tej zdradzieckiej ścieżki zajmuje nam pół godziny. Przylepionego do ramy, kół i pedałów błota próbujemy pozbyć się dłubiąc w nim znalezionymi patykami. Już do końca dnia nasłuchuję skomplikowanej melodii pisków i trzasków. Słucham jak piach, glina i trawa ociera się o klocki hamulców, wnika gdzieś w zakamarki napędu. Staje się częścią roweru.

Na ostatni nocleg trafiamy do dawnego szlacheckiego dworku pod Kwidzynem. Umazani błotem, zmarnowani pijemy austriackie wino w splendorze ziemskiego majątku i dawnych czasów.

Rytm podróży

Do Tczewa prowadzą nas boczne drogi wijące się na rozlewisku Wisły. Jedziemy niespiesznie, czerpiąc przyjemność ze swobodnego ruchu. Na chwilę stajemy się częścią tego świata, by zaraz zostawić go za sobą. Na kierownicę opada mały pająk i towarzyszy mi przez kilka kilometrów. Wspina się po lince od hamulca, kołysze na wątłej nici, w końcu znika gdzieś bez śladu.

W Tczewie zatrzymujemy się na kawę na nabrzeżu rzeki. Miasto sprawia wrażenie, jakby nie do końca przekonało się jeszcze do bliskiej obecności wody – codzienne życie toczy się gdzieś w oddali, za plątaniną jezdni dudniących warkotem silników. Wisła nie wydaje się być integralną częścią tutejszej codzienności.

Patrzę na kolejowy most łączący oba brzegi. Równolegle do niego biegnie przeprawa wsparta na zabytkowych filarach, którą od kilku lat robotnicy próbują z mozołem przywrócić do życia.

Znam to miejsce – kilka razy dziennie mknie tędy po szynach szybki pociąg łączący stolicę z Trójmiastem. Gdy jedziesz nad morze, Tczew jest ostatnim przystankiem przed celem. Z perspektywy miejsca w wagonie, ten most jest już niemal Gdańskiem. Można się zbierać, chować komputer do torby, upychać rozrzucone wokół drobiazgi. Przygotowywać się do wyjścia. Ten dystans – niecałe 50 kilometrów – pociąg pokonuje w dwadzieścia minut. Przejechanie ich rowerem zajmie nam 4-5 godzin. Połknie połowę dnia. Będzie wymagało skumulowanej w mięśniach energii ubywającej z każdym kilometrem. Przesuniemy się przez te 50 kilometrów wnikając gładko w krajobraz, wcinając się w linie drzew, pól, wiejskich zabudowań. Płynąc przez przestrzeń razem z Wisłą, która im bliżej ujścia, tym rozlewa się szerzej. Jej nurt spowalnia, nabierając powagi.

Ku codzienności

Gdy dotrzemy do Gdańska, w naszych nogach będzie już 500 kilometrów przejechanych przez te sześć dni. Dotrzemy do naszego największego portu handlowego. Miejsca, do którego od ponad tysiąca lat zmierzali handlowcy, wolne duchy, uciekinierzy, mieszczanie i chłopi, zagubieni podróżnicy.

Zsiądziemy trochę niepewnie z rowerów, próbując jakoś odnaleźć się w przerwanym rytmie wyznaczającym ostatnie dni: porannej pobudce, pakowaniu toreb, wybieraniu miejsc na posiłki, odliczaniu kilometrów, ruchu nóg.

Przemieszczanie się rowerem obok Wisły zmienia postrzeganie czasu, odległości, krajobrazu. Niweluje świat do tych stu kilometrów, które możesz w ciągu dnia przejechać. Nasyca przestrzeń tysiącami detali, którym przyglądasz się niemal z każdej strony. Sprawia, że czujesz każdą część swojego ciała, odbierasz sygnały, jakie ono wysyła. Przeżywasz zachwyty i nagłe irytacje.

W miejscu, gdzie Wisła z cichym szmerem łączy się w końcu z Bałtykiem, usiądziemy więc, by zjeść ostatni w tej podróży obiad, wypić kieliszek wina i pomyśleć jak wrócić do codzienności.

Rowerem wzdłuż Wisły. To może Ci się przydać:

Oprac. Rafał Reyman

1. Trasa: Warszawa-Wyszogród / Wyszogród-Skoki Duże / Skoki Duże - Toruń / Toruń-Chełmno / Chełmno-Biały Dwór (k. Kwidzyna) / Biały Dwór - Gdańsk - razem ok. 500 km.

2. Infrastruktura rowerowa w Polsce: duże i małe miasta mają już sporo dróg rowerowych. Tu i ówdzie są wytyczone nowoczesne, izolowane drogi rowerowe między miejscowościami, jak Toruń-Unisław, Chełmno-Kolno, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Jest sporo przyjaznych rowerom dróg szutrowych, albo trzeciorzędowych asfaltówek. Czasem jednak trzeba wybierać alternatywę: leśna, piaszczysta droga trudna do pokonania nawet dla roweru górskiego albo ruchliwa krajówka bez pobocza. Sytuację trochę ratują długie i praktycznie nieużywane chodniki z kostki bauma, które są już w każdej wsi, a czasem ciągną się między miejscowościami.

3. Najlepiej utrzymana jest infrastruktura rowerowa w kujawsko-pomorskim, najgorzej w pomorskim (oprócz Trójmiasta). Nieuczęszczane asfaltówki w mazowieckim i kujawsko-pomorskim często mają nowe nawierzchnie. Z kolei w pomorskim bywają dramatycznie dziurawe.  

4. Podróżowanie rowerem po Polsce oznacza poruszanie się dosłownie każdą nawierzchnią: asfalt, kostka, szuter, piasek. W mojej opinii obecnie najbardziej uniwersalnym rodzajem roweru jest gravel, czyli rower szosowy z komfortową geometrią, niską wagą i grubymi oponami. Potem dopiero sugerowałbym jakiegoś lekkiego crossa albo górala na kołach 29 cali. Typowe rowery trekkingowe są moim zdaniem za ciężkie i za mało zwrotne na niektóre typy dróg.

6. Bikepacking, czyli lekkie torby mocowane bezpośrednio do roweru jako alternatywa dla sakw i bagażników to doskonały wybór. Tego typu bagażu właściwie nie czuć podczas jazdy, a wyższy środek ciężkości zdecydowanie ułatwia poruszanie się po trudnym terenie. Jedynym minusem tego typu rozwiązania jest ryzyko porysowania lakieru na ramie, w miejscach, w których opierają się na niej torby. By tego uniknąć, wystarczy na czas podróży zabezpieczyć ramę w tych punktach np. folią. Warto inwestować też w droższe produkty lepszych firm (Ortlieb, Apidura), bo w moich budżetowych Giant już pierwszego dnia zaczął zacinać się zamek w torbie pod ramę, a 20 km przed Gdańskiem pękła klamra w torbie podsiodłowej.

7. Czy rower typu single speed nadaje się do turystyki? Wbrew obiegowym opiniom (“jak można jeździć bez przerzutek?”) - jak najbardziej. W góry bym nim nie pojechał, ale na całej trasie były trzy podjazdy, które sprawiły większe trudności oraz jeden ostry podjazd (w Płocku), który zmusił mnie do zejścia z siodełka. Na terenie płaskim i pofalowanym singiel sprawdza się doskonale, o ile dobierze się optymalny zestaw zębatek z przodu i tyłu (u mnie 42:17, ale 42:19 lub 42:20 może byłyby jeszcze lepsze, choć wymuszałyby bardziej kadencyjną jazdę po płaskim). Od przerzutek o wiele ważniejsze okazują się grube opony i tarczowe hamulce. Single nie są dla wszystkich, ale każdemu rowerzyście polecam spróbować, choćby po to, żeby się przekonać, że jazda bez przerzutek to nie jest męczarnia.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.